Grazyna Gudejko

PORTRAITS
ANNA DERESZOWSKA▪▫
ARTUR BARCIŚ▪▫
DAREK TOCZEK▪▫
KRZYSZTOF KRAUZE▪▫
LESŁAW ŻUREK▪▫
MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA▪▫
MARIA NIKLIŃSKA▪▫
OLGA BORYS I WOJTEK MAJCHRZAK▪▫
PRZEMEK CYPRYAŃSKI▪▫
WERONIKA ROSATI▪▫
FASHION
DELAGARZA▪▫
OSH OLGA SZYNKARCZUK▪▫
OLGA SZYNKARCZUK DLA LEXUSA▪▫
COMMERCIAL
OCHNIK 2010▪▫
BALNEUM 2010▪▫
OKULARY HERA & LUNA▪▫
VOLVO 2009▪▫
VOLVO 2008▪▫
UNICEF ETIOPIA 2010▪▫
KAMPANIE
DLA FUNDACJI KWIAT KOBIECOŚCI▪▫
DLA FUNDACJI DR.KLOWN 2009▪▫
MOVIE POSTERS
U PANA BOGA W OGRÓDKU▪▫
JAK ŻYĆ▪▫

BLOG

CLIENTS
ABOUT


ETIOPIA  2010

           Przedmieścia Adis Abeby. Robiliśmy reportaż o rodzinie etiopskiej, w której dziecko zmarło na tężec. Jedna z matek zgodziła się na rozmowę. Przyjechaliśmy pod jej dom. Ekipa filmowa weszła do środka, a ja i kilka osób zostaliśmy na zewnątrz. Chcieliśmy uszanować w ten sposób cierpienie tej rodziny, nie robić zamieszania typowego dla realizacji filmowych - światło, tłum ekipy, rozgardiasz. Czekając przed drewnianą furtką  fotografowałam dzieci, które gromadziły się wokół mnie i zaglądały do obiektywu. Na ulicy toczyło się życie - chłopak wiózł wielki baniak z wodą na taczce własnoręcznie zrobionej - to typowy etiopski sprzęt - taczka domowej roboty. Para uśmiechniętych staruszków trzymających się za ręce i dość nietypowy widok - dwie starsze panie z wrzecionem, które podeszły do nas i pokazywały jak uprząść bawełnianą nitkę. Kamila nawet spróbowała - całkiem nieźle jej to wyszło. 

  

          Koło mnie kręciła się mała kilkuletnia dziewczynka, miała smutne, zaropiałe oczy, warkoczykowy kok i sukienkę - kiedyś białą. To była sukienka do chrztu, jak beza, z koronki, z falbankami. Teraz była koloru ziemi. No i buty, buty etiopskich dzieci - kiedy z nich wyrastają, ich mamy wycinają im w butach dziury na palce, żeby mogły w nich dłużej chodzić.

   

           Kiedy ekipa kończyła nagranie, mogłam na chwilę wejść na podwórko. Nasza bohaterka  stała przed domem  z siódemką swoich dzieci i uśmiechała się. Zrobiłam kilka zdjęć i rozejrzałam się. Zarejestrowałam twarz chłopca w małym oknie, w chacie obok. Podniosłam aparat i odruchowo zrobiłam zdjęcie. Tylko jedno, bo po chwili twarz w oknie zniknęła.  Dopiero po powrocie do Warszawy, znalazłam je wśród wielu innych zdjęć i polubiłam. A robiąc odbitkę, zobaczyłam, że chłopiec w oknie trzyma książkę - uczy się, jak wiele etiopskich dzieci. Uczą się, bo to jest ich droga do prywatnej wolności.




           Adis Abeba – 10 godzin podróży z Polski
. Przylecieliśmy w nocy. Hotel w centrum, fajny, wygodny.
A rano..... niesamowity widok z okna – wieżowce obudowane gigantycznymi rusztowaniami z pni drzew
. Przy wysokich, murowanych budynkach siatki rusztowań wyglądały jak regularnie zaplecione zapałki. Zastanawiałam się jak po tym chodzą ludzie i nie spadają, a te gałęzie pod ich ciężarem nie pękną? Później, podróżując przez Etiopię samochodem, widziałam przy drogach składy drewna do rusztowań. Od kierowcy dowiedziałam się, że to drzewa eukaliptusa oczyszczone z gałęzi.  Są bardzo mocne i giętkie, dobre do budowania rusztowań.


 

Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta. Ja z aparatami, ekipa filmowa ze swoim sprzętem. Taksówki – niebieskie z białym dachem i uroczym wystrojem wnętrza – jabłuszka, dzwoneczki, poduszeczki, kołderki, futerka, pieski, kotki i koniecznie krzyż. Rozbrajający widok - twardziel taksówkarz w zdezelowanym aucie ustrojonym wewnątrz różowym futerkiem. Palce lizać.

 

 
        Zatrzymywaliśmy się w różnych miejscach, chłonęliśmy miasto. Kobiety w kolorowych chustach, z dziećmi na plecach, umorusane maluchy wyciągające ręce po „one birr“ (birr – etiopska waluta ETB 1$ =  ok.16 birrów), dwumetrowy etiopczyk – kandydat na długodystansowca, mężczyzna sprzedający białe,
oczyszczone z kory patyczki, rozczapierzone na końcu – okazało się, że to szczotki do zębów z drzewa, które ma właściwości bakteriobójcze. Nie trzeba kupować pasty! 
        
 

 


        D
alej, na przystanku autobusowym reklama Pepsi po etiopsku, pucybut i grupa chłopców w nonszalanckich pozach. Nawet mali chłopcy w tym kraju wiedzą, że nie muszą pracować bo od tego są etiopskie kobiety.  Ważne jest, żeby spłodzić jak najwięcej dzieci, resztą zajmuje się żona. Ojcowie często wyjeżdżają w nieznane na długie miesiące, a przyjezdżają do domu po to, zeby spłodzić kolejne dziecko. Zwykle w jednej rodzinie jest około dziesięciorga dzieci. Na szczęście wykształceni etiopczycy już myślą inaczej.

 

 

Pojechaliśmy do kościoła, w którym jest pochowany Hajle Sellasje. Przed wejściem modlił się pięknie ubrany rastafarianin, dziecko prowadziło niewidomą babcię, a przez otwarte okno naszej taxi zajrzała stara Etiopka szeroko się uśmiechając. Nie pamiętam kiedy zdążyłam zrobić jej zdjęcie.

 



W
środku kościoła, jak na rozdaniu Oscarów – piękny czerwony dywan. Przy jednej z ławek modlił się rastafarianin – trójkolorowa czapka wisiała na poręczy.


          Był też ksiądz.  Fajnie wyglądał
, więc szybko zrobiłam mu kilka zdjęć. Pogroził mi palcem, był niezadowolony. Pokazywał na migi, że nie mogę robić zdjęć w kościele, a zwłaszcza jemu – osobie duchownej. Chciał obejrzeć moje zdjęcia. Przeglądaliśmy je na wyświetlaczu. Uśmiechał się. Myślę, nie jest źle. Zaakceptował. Zniknął na chwilę i raptem podszedł do mnie z solidnym drewnianym krzyżem w rękach, stanął na tle czerwonej aksamitnej zasłony, przyłożył krzyż do piersi i poporosił o porządną fotkę. Zdjęcie zrobiłam, obejrzał, spodobało mu się. Dał mi wizytówkę, żebym wysłała mu zdjęcie. Przyznaję się, że do dziś nie wysłałam, chociaż chęć miałam ogromną, ale na wizytówce nie było maila tylko adres domowy co oznacza, że muszę zrobić odbitkę, pójść na pocztę itd itd.

 

Wyszłam z kościoła na etiopskie słońce i ujrzałam malowniczo wyglądającą kobietę siedzącą w cieniu kolumny, na tle drzew. Podczas fotografowania zasłaniała twarz, ale na koniec sesji uśmiechnęła się do obiektywu.
Nagle…widzę zaskoczona, że biegnie ku mnie wrzeszcząc, żołnierz z bronią ostrą. Stoję na szczycie kościelnych schodów, na schodach siedzi  ekipa filmowa
, a żołnierz mija ich, dopada do mnie i szarpie za mój aparat wydzierając się po angielsku „give me, give me“. Ja nie chcę „give him“, więc trzymam mojego Nikona mocno.

Ekipa podbiega do mnie na ratunek i odciąga wściekłego mundurowego. A on do nas, że nie wolno tu robić zdjęć, bo za krzakami, które na zdjęciu są w tle, znajdują się obiekty państwowe. Krzaczory zasłaniają te obiekty tak dokładnie, że nawet jednej cegły nie widać, ale nie mogę kierować obiektywu w tę stronę, bo takie są zarządzenia - wykrzykuje. Wygania nas spod kościoła, idziemy bez pośpiechu, ale czujemy oddech żołnierza na plecach. Po drodze mijamy dziecko w gigantycznym siedmiomilowym bucie . Usiadło na kolanach Małgosi i nie chciało zejść, a mamusi w pobliżu nie było. Co robić? Na szczęście zaraz nadeszła i zabrała małą.

Przewodnik poganiał nas, bo z jednego śledzącego nas żołnierza zrobiło się dwóch i trzeba było stąd szybko znikać. Dopadlmy do samochodu, ale on nas też dopadł, złapał za mój aparat i mówi „show me your photos“. No to już się cieszę - pierwszy zawodowy sukces w Etiopii, facet chce oglądać moje zdjęcia, może sie podobają? Pokazuję mu na wyświetlaczu, ale on patrzy, patrzy i mówi „delete“. Co? Delete? Ale widzę, że nie mogę powiedzieć „No“, bo mi facet zniszczy sprzęt, więc mówię „Ok“ i udaję, że kasuję, ale nie kasuję. Trochę się nabrał, ale nie za bardzo. Jeszcze raz chce przeglądać. Pomógł mi taksówkarz, zapuścił silnik, krzyknął, że odjeżdżamy i udało się umknąć. Było nerwowo, ale przygoda niezapomniana - warto było.

Po takim skoku adrenaliny, postanowiliśmy pojechać do slumsów i tam zobaczyć jak wygląda prawdziwe życie. Jedziemy główną arterią stolicy. Miasto wygląda jak wielki plac budowy, ale w przeciwieństwie do Warszawy ma swoją obwodnicę.


          Zatrzymaliśmy się – domki z blachy falistej
ciągną się po horyzont. Otoczyły mnie dzieci, zrobilam im zdjęcia - śmieją się, błaznują, przyglądają z uwagą turystce. Obok kobieta rozwiesza pranie – piękne obrazki. A operator  wkłada mi łokieć w obiektyw gdy robię fajną fotkę. Ja też to czasami robię gdy on kręci. Ale staramy się nie wchodzić sobie w drogę gdy pracujemy.

 

Widzę, że znów będzie zadyma. Tym razem tata etiopczyk biegnie do mnie. Czy to będzie taka etiopska świecka tradycja, że mnie tu będą tak ganiać? Dopada do mnie ojciec dziecka, które przed chwilą fotografowałam. Dlaczego ja robię zdjęcie jego dziecku bez jego zgody? - pyta. Za takie zdjęcie trzeba zapłacić. Kolejny gość chce oglądać moje zdjęcia na wyświetlaczu. Teraz już wiem, że chodzi o „delete“, więc dyskretnie chowam aparat pod kurtkę. Taksówkarze próbują negocjować. Wynegocjowali, że ekipa filmowa może zrobić zdjęcie w jego domu, w slumsach. Idziemy w głąb tekturowo-metalowego miasteczka. Taksówkarze zdenerwowani ostrzegają, że jak tam pójdziemy, to oni za nas nie odpowiadają. Jednak idziemy. Ale tylko kawałek i zaraz wracamy, bo mężczyzna zmienił zdanie i nie wpuścił nas do swojej chaty. Za zgodę na robienie zdjęć w swoim domu chciał majątek. Zrezygnowaliśmy. Zrobiłam tam jedno zdjęcie - z bliska - kobiety, która stała w drzwiach swojego domu i mężczyzny, któremu nie podobała się nasza wizyta.


Wracając ze slumsów, zatrzymaliśmy się w innej ich części jeszcze na chwilę. Wyglądała na bardziej cywilizowaną. Na ulicy siedzieli przy maszynach krawcy. Maszyny do szycia miały napęd nożny, więc nie wymagały zasilania prądem. Moja babcia miała taką maszynę, inkrustowaną masą perłową, dokładnie taką jak te etiopskie. Ten widok obudził we mnie miłe wspomnienia. Uwielbiałam patrzć jak babcia szyje. Ale  pracownia krawiecka na ulicy – to było coś!. Ściągasz podarte gacie i już za chwilę możesz je gotowe, zacerowane założyć. Genialne.



 

Wieczorem był czas wolny. We trzy wybrałyśmy się na miasto. Był już ciemno, nie znałyśmy okolicy, ale ciekawość była silniejsza. Poszłyśmy na bazarek kupić owoce i tak po prostu połazić. Był tam rozmaity towar - charakterystyczne etiopskie buty gumowe leżące w stosach I mnóstwo chińskich rzeczy jak na Stadionie w Warszawie. Chciałyśmy kupić jakąś pamiątkę, ale etiopską, nie chińską. Może jakąś muzykę etiopską?  Trafiłyśmy na mały sklep muzyczny. Był w trakcie remontu – chłopcy malowali blachę falistą na jaskrawy zielony i niebieski kolorek. Pomiędzy drabiną, a farbą weszłyśmy do środka. Właściciel nonszalancko proponuje nam etiopski jazz, funk – mówi, że fajna muza. Decydujemy się, każda kupuje po płycie. Jeszcze wspólna fotografia na koniec i pomachanie na pożegnanie. W sklepie płyta grała, ale po próbie odsłuchania jej w Warszawie - u Kamili nie działa, a u mnie się zacina. Tylko Małgosi dopisało szczęście - kupiła dobry egzemplarz.

 

Przed wyjazdem z Adis Abeby, pojechaliśmy na zdjęcia do szpitala położonego na przedmieściach. To był dla wszystkich stres. Pobyt w szpitalu zwykle nie jest radosnym przeżyciem. Na początek spotkanie z ordynatorem szpitala – długi stół, bukiet kwiatów w wazonie, przed dyrektorem miniatury flagi etiopskiej. Część oficjalna. Zrobiłam kilka pamiątkowych zdjęć i wyszłam na zewnątrz.


          Długi korytarz pomalowany niebieską farbą olejną, drzwi do pomieszczeń – wszystkie otwarte - bo gorąco. Byłam w części admininstracyjno-ambulatoryjnej - na parterze, gdzie było jeszcze dość rześko jak na upał panujący na dworze. Snuję się z aparatem na szyji, rozglądam i szybko
zostaję namierzona przez grupę pracowników szpitala i chyba też pacjentów.

To była spontaniczna sesja zdjęciowa.  Na tle niebieskiej ściany  – stanęła nieśmiało jedna osoba, pokazując spojrzeniem, żebym zrobiła jej zdjęcie. Potem druga, za nią trzecia i wszystkich  fotografowalam. Po chwili zebrało się kilkanaście osób i wszyscy chcieli zdjęcia – jak w studio – na zamówienie. Na koniec sesji  wykonali spektakularną akcję - zaczęli sobie z powagą, oficjalnie podawać ręce w prezydenckim uścisku.
Mam te ujęcia. Wyglądają jak  zdjecia wykonane w studio na bluboxie. Cudo, uwielbiam je.



 

 

 

 



         Potem była trudniejsza część zdjęć – zdjęcia na oddziale dziecięcym. Dzieci z kroplówkami, maluchy z weflonami w głowach, niektóre ze zmianami na skórze. Ale wszyscy uśmiechnięci, pozwalali się fotografować. Rzadko widuje się w Etiopii ojców pomagających żonom przy dziecku. A taką parę zobaczyłam w szpitalu, ojciec nosił dziecko na ręku – to wyjątkowe.
 

 
 

       Chodziła tam za mną kilkunastoletnia dziewczynka i cały czas pozowała do zdjęć - jak modelka. Zrobiłam jej portret  z korytarzem w tle, szpital wygląda na zdjęciu jak słoneczna, kolorowa plama. Ładnie, a nie tak jak było naprawdę.



       Biednie, brudno, dziurawe materace przykryte podartymi kocami, bez pościeli, metalowe
zardzewiałe łóżka i odurzajacy zapach, żeby nie powiedzieć smród naprawdę był konkretny. Po godzinie pracy wyszłam na dwór odetchnąć. Chciałam jeszcze wrócić, dokończyć zdjęcia, ale nie dałam rady.

           
            Ekipa
została w szpitalu, a ja już byłam na zewnątrz i nie wyobrażałam sobie powrotu na szpitalne korytarze. Zaczęłam zwiedzać okolicę. Sfotografowałam piękną Etiopkę z  tatuażem na twarzy. Nie jestem
pewna, ale chyba ten tatuaż oznacza, że jest mężatką.


Niedaleko budynkow szpitalnych zobaczylam mężczyznę, który orał pole –  sochą.  To jest sprzęt, który w Polsce możemy obejrzeć w muzeum, a tu jest w codziennym użyciu. Chciałam ten niezwykły dla mnie widok uwiecznić na zdjęciu, żeby w domu pokazać dzieciom. Rolnik zauważył moje przygotowania i bardzo mu się to nie spodobalo, że chcę go sfotografować. Wrzasnął na mnie, wygrażając mi pięścią z oddali, co znaczyło wprost, że sobie nie życzy. Wstydzi sie tej sochy czy chce  „one birr“ - pomyślalam? Ok – pomachałam uspokajająco i opuściłam aparat. Ale przecież nie mogłam stracić takiej historycznej okazji. Jak odeszlam na bezpieczną odległość, szybciutko zrobiłam zdjęcie i umknęłam - tak na wszelki wypadek.



       Obok też była ciekawa lekcja historii. Młócono zboże za pomocą krowich kopyt. Chłopiec poganiał patykiem krowy
związane ze sobą sznurem, które biegały w kółko po stercie zboża. Potem wymłócone zboże pakowano do worków, a te na wóz ciągnięty przez osła. Bo osły to najważniejsze transportowe zwierzęta w Etiopii.


 


Jadąc samochodem często mijaliśmy osły, które wytrwale ciągnęły wozy załadowane towarem na trzy metry wysoko.  Zastanawiałam się jak taki nieduży, sympatyczny osiołek daje radę. Znajomy kierowca samochodu powiedział, że na równym czy pod górę to jeszcze nic, ale z górki to dopiero wyczyn, kiedy ciężki stos towaru napiera na osła, a on potrafi utrzymać ten ciężar i nie dać się rozjechać jak pies Pluto w kreskówce. Naprawdę jestem dla nich pełna szacunku, robią dobrą robotę i nie narzekają.

          Jeden
z młodzieńców od sianokosów zagadał do mnie po angielsku – co tu robię, dlaczego ich fotografuję? Rozmawialiśmy chwilę. Byłam ciekawa skąd tak dobrze zna angielski i dlaczego pracuje przy zbiórce siana. Dowiedziałam się, że studiuje ekonomię na uniwersytecie w Hosannie. To jedno z większych etiopskich miast. Właśnie miał ferie, więc przyjechał pomóc rodzicom w sianokosach. Student, mówiący świetnie po angielsku, w miejscu gdzie historia się zatrzymała. To fantastyczne!!!

 

 

 


 

 

 
 

 

 

 

 

 


 

 

 



 

 

   
© All photographs are the properties of Grazyna Gudejko. All rights reserved   |   Contact  © Created by Grzegorz Stancel